"Dziewczyna z Ajutthai"

 Fragment 2 - Tajska wyprawa

 

 

   "Następny dzień spędzili w niezwykłej Ajutthai. Przechadzając się między pozostałościami dawnej stolicy wielkiego królestwa czuli niemal, że towarzyszą im duchy handlarzy ryżem, kością słoniową i przyprawami. W XVII wieku to miejsce liczyło milion mieszkańców! Przyjaciele mieli wrażenie, że stożkowe świątynie Wat Phra Ram, podobne do wielkich zastygłych dzwonów, wydają z siebie głosy. Może skargi...?

Joanna zamknęła oczy. Ajutthaja jest wielka! Po kanałach mkną łodzie wyładowane towarem. Słychać czterdzieści różnych języków. Błyszczy dwa tysiące pozłacanych wieżyczek!

Lecz co to? Miasto płonie! Birmańskie wojska zalewają ulice. Czuć zapach krwi. Dumna królowa Suriyothai wjeżdża na słoniu między walczących. Własną piersią zasłania męża. Cios jest śmiertelny. Potęga Ajutthai się kończy, a jej rany porasta dżungla... Joanna czytała o tym wszystkim, zanim tu przybyli.

 

Dwie ryksze zawiozły ich w kolejne niezwykłe miejsce. Iza, Robert i Sebastian przystanęli przy posągu Buddy z żółtą chustą wokół szyi i wdali się w dyskusję o symbolice tego koloru.

Joannę zainteresowało coś innego. Długo wpatrywała się w piękną, kamienną twarz kobiety, oplecioną grubymi korzeniami drzewa. Nigdy wcześniej nie widziała rzeźby tak doskonale wtopionej w naturę. Dziewczyna z Ajutthai! Joanna była oczarowana.

Zdawało się jej, że ona też na nią zerka spod pół przymkniętych powiek, jakby chciała przekazać jej swój sekret. Te korzenie albo zdobią jej twarz albo... ją więzią. Ciekawe... Joanna obeszła gruby pień dookoła. Zrobiła iPhonem kilka zdjęć. Ona wygląda jakby zastygła w oczekiwaniu na coś. Może chce, by ją ktoś uwolnił ze szponów tego drzewa, a może to jej naturalne środowisko i jest jej dobrze? Kto to wie?

Joanna usiadła w cieniu i wyciągnęła swój kajecik.

 

  „Dziewczyna przytuliła twarz do drzewa. Słyszała płynące w nim soki. Planowała jak przechytrzyć kochanka. Schowa się przed nim w tym gęstym lesie, a gdy zapadnie zmrok ucieknie w stronę światła.

Chciała ruszyć, lecz drzewo przytrzymało ją konarem. Spróbowała raz jeszcze – schwyciło ją mocniej. Młode pędy splotło z jej warkoczem.

- Kochany, pomóż mi! Uratuj! – wołała dziewczyna do swego kochanka.

Odpowiedział jej tylko szum lasu.

Liście wyrosły z jej włosów, stopy pokrył mech, a piękną twarz – zmarszczki kory. Oczy wypełniły się żywicą.

- Pamiętaj, ode mnie nie ma ucieczki – wewnątrz pnia zabrzmiał złowieszczy chichot”.

 

Oj, nie to miałam pisać, zganiła się Joanna i szybko schowała zeszyt do plecaka. Jeszcze raz spojrzała na kamienną twarz dziewczyny  oplecioną konarami. Jakaś siła sprawiała, że nie mogła oderwać od niej wzroku.

 

   Całą czwórką przenieśli się w rejon niezwykłych posągów psów strzegących ruin. Joanna spojrzała na Roberta. Opalony, w opiętym T-shircie i białych spodniach wyglądał niezwykle przystojnie. Czy to ten sam Robercik, którego znała ze szkoły? Co wydarzyło się w jego życiu, że tak się zmienił? Nie pytała go o to, a on sam mówił o sobie niewiele.

Robiąc kolejne zdjęcie, przyjął zabawną pozę. Miała ochotę poklepać go po tyłku, którego rowek wychylał się z biodrówek. Była gotowa nawet na więcej... No, może nie od razu, może trochę by się z nim podroczyła, ale potem pozwoliłaby całować się po całym ciele, masować delikatnie naprężone sutki i w końcu zagłębić się między wilgotne skrzydła jej motyla. Był jednak pewien problem. Choć Robert spełniał wszelkie jej życzenia i wyraźnie o nią dbał, to jednak serdeczność, jaką ją obdarzał była jakaś... braterska. Nici z gorącego seksu? – zastanawiała się. Może jeszcze nabierze ochoty, jak zobaczy mnie w moim nowym bikini!

 

 

***

 

    Iza stała na balkonie hotelowego pokoju na dwudziestym piętrze. Był parny wieczór. Patrzyła w dół na światła wielkiego Bangkoku. Pod nią czerniła się szeroka rzeka. Jeden krok i będzie po wszystkim. Jak zimna może być woda? Nie będzie boleć. Na pewno nie bardziej niż teraz. Ale jeśli źle wymierzę, Tomasz uzna, że taka martwa plama na ulicy nie jest dość estetyczna i że stać mnie było na więcej.

Pociągnęła łyk wina z butelki i wróciła do pokoju, w którym jej znajomi planowali następny dzień życia.

 

Opróżnili już kilka butelek czerwonego wina. Próbowali też wódki z trzciny cukrowej. Ale mimo że zastosowali się do tutejszych zaleceń i dodali wody sodowej, lodu i limetki, ten trunek nie przypadł im do gustu. Co chwila wybuchali głośnym śmiechem. Joanna usiadła Robertowi na kolanach i wplotła palce w jego włosy. Położył nieśmiało dłoń na jej nagim udzie.

Sebastian spochmurniał. Stwierdził, że za dużo wypił i musi się położyć. Iza od początku wieczoru była jakby nieobecna.

Joanna miała nadzieję, że sytuacja się rozwinie, choć nie wiedziała, gdzie mogliby się z Robertem podziać. On chyba też nie miał pomysłu, bo grzecznie podziękował za udany wieczór i czmychnął za przyjacielem do pokoju.

- Ech, chyba mu się nie podobam. A ta noc tak się dobrze zapowiadała... – rzekła zawiedziona Joanna.

- A wiesz, co ja myślę? Jego w ogóle nie kręcą kobiety – sucho stwierdziła Iza.

- Nie wygłupiaj się. Przecież w samolocie coś między nami iskrzyło. Czułam to.

- Iskrzył to może silnik jumbo jeta, a Robert jest po prostu gejem.

- Odbiło ci! Chyba bym wiedziała – żachnęła się Asia.

- No to go jutro zapytaj. Jeśli ma jaja, to ci powie.

- Jeżeli to prawda, to wolę nie wiedzieć.

- Z facetami już tak jest: jak nie skurwysyn, to pederasta – podsumowała gniewnie Iza i dopiła ostatnie krople wina

 

 

   Ze skrzynki mailowej Joanny wysypało się kilkanaście wiadomości. W ostatnich dniach nie miała czasu sprawdzać poczty. Kliknęła na maila od brata. Jego elektroniczne liściki zawsze ją bawiły.

„Siostra,

nawet nie wiesz jaką jesteś szczęściarą! Grzejesz swoje krągłości na słoneczku, a tu leje od pięciu dni tak, że twojego koleżki Giewontu nawet nie widać. Wokół jest tak ciemno i ponuro, że równie dobrze mógłbym mieszkać w dupie. Pociesza mnie tylko myśl o słodkich cycuszkach Tajeczki, którą mi przywieziesz. Nie waż mi się bez niej wracać! Założymy salon tajskiego masażu, więc możesz przywieźć nawet ze dwie panienki. Górale będą walić jak w dym. Widzę przed nami świetlaną przyszłość i fortunę!

Twój pomysłowy Braciszek”

Na twarzy Joasi pojawił się szeroki uśmiech. To jest to! Jej brat miał zawsze głowę na karku. Jeśli z dziennikarstwem jej nie wyjdzie, to zostanie właścicielką salonu tajskiego masażu pod Giewontem. Niepotrzebnie się martwi o swoją przyszłość. Może też zawsze szmuglować podrabiane zegarki i rozprowadzać je w środowisku biznesu. Swoją drogą ciekawe, czy cenny zegarek jednego z polskich prezydentów, o który kiedyś była afera w mediach, nie pochodził przypadkiem z Bangkoku?

 

 

***

 

 

   Sebastian spojrzał w lewą stronę i bez zastanowienia zrobił krok na ulicę. Ostry pisk hamulców przedarł się przez gwar miasta. Czarny nissan nie zdołał wyhamować i uderzył w chłopaka. Podrzucił go jak szmacianą lalkę. Sebastian poleciał na krawężnik.

Troje przyjaciół na sekundę zamarło w bezruchu i przerażeniu. Zupełnie jakby zacięła się taśma filmowa. Z samochodu wybiegła młoda kobieta. Krzyczała coś po tajsku, mocno  gestykulowała. Do leżącego chłopca pierwsza dopadła Joanna. Był przytomny. Próbował się podnieść.

- Sebastian, Boże, nie wstawaj! Możesz mieć uszkodzony kręgosłup – trzeźwo reagowała. Robert poruszał się jak w transie. Usiadł na krawężniku koło przyjaciela i wziął go za rękę.

- Sebciu, co ty mi zrobiłeś? – wyszeptał.

Ktoś podbiegł, by pomóc. Tłumaczył na angielski słowa Tajki wyrzucane z prędkością karabinu.

- Ona chce zawieźć do szpitala. Bardzo przeprasza. Chłopak wszedł pod koła. Bardzo przeprasza. Trzeba do szpitala.

- Nie chcę do żadnego szpitala – Sebastian zaczął dochodzić do siebie. – Proszę jej powiedzieć, że zapomniałem, że tu jest lewostronny ruch. To ja przepraszam. Boli mnie tylko noga.

- Sebek, ona ma rację. Musimy jechać do szpitala albo wezwać karetkę – wtrąciła się Iza.

- Spokojnie. Naprawdę jest już ok – bronił się, masując obolałą stopę. Pojawił się na niej wielki siniak. Zaczęła puchnąć.

- Przecież nawet nie staniesz na tej nodze. Może być złamana – upierała się dziewczyna.

Robert objął mocno Sebastiana w pasie. Pomógł mu się podnieść. Był wyraźnie roztrzęsiony i bledszy niż jego poszkodowany przyjaciel.

- Dziewczyny, wy wracajcie do hotelu, a ja zabiorę Sebastiana do szpitala. Nie ma sensu, żebyśmy wszyscy tam jechali. Zresztą przecież... to mój chłopak – wydukał.

Iza spojrzała na Joannę z tryumfalną miną. Tak, tak, niestety miałaś rację,  mówił wzrok Asi. Ależ byłam kretynką!, pomyślała. Gorący seks był od początku, tyle że nie ze mną!

 

Dziewczyny długo czekały w niepokoju na powrót kolegów do hotelu. W końcu jednak panowie przynieśli im dobre wieści. Noga Sebastiana była mocno stłuczona, ale nie złamana. Mimo że bolała i powiększyła się do sporych rozmiarów, Sebek cieszył się z diagnozy, postawionej przez młodego lekarza.

- Już się bałem, że będę musiał wracać do domu – wyznał, gdy znaleźli się w pokoju.

- Wróciłbym z tobą do Polski – odparł Robert.

- No co ty? A zdjęcia, a całe zlecenie? Zrobiłbyś to Aśce?

- Zostawiłbym jej aparat. Przecież teraz prawie każdy może robić foty, a Asia jest zdolna – uśmiechnął się.

- No, nie przesadzajmy! Myślę, że byłby to koniec waszej znajomości. Wydrapałaby ci oczy.

- Ona nie jest taka.

- Może i nie, ale to jednak baba.

- Raczej kobieta z klasą – upierał się Robert.

- Oj, widzę, że ty ją naprawdę bardzo lubisz. Powinienem być zazdrosny?

Robert popukał się w czoło i zgasił światło.

 

 

Rozdział 5 - Pocztówka z krainy tsunami

 

 

   Wybrzeże nieopodal miasteczka Krabi przypominało pejzaże z bajek lub filmów fantasy. Z wody wystawały przedziwnych kształtów wapienne skały o rudawym zabarwieniu. Bogowie, będąc dziećmi, musieli budować tu zamki z piasku albo w czasie tajemnej zabawy obrzucali się błotem. Kogucia Wyspa, Maczuga Herkulesa czy Wyspa Bonda – każdy  malutki skrawek lądu w obiektywie aparatu wydawał się wyjątkowy.

Joanna i Robert przechadzali się brzegiem morza.

-  Dlaczego mi nie powiedziałeś? – spytała.

-  Nie wiedziałem, jak zareagujesz. Bardzo mi zależało, żebyś tu ze mną przyleciała.

-  I myślisz, że gdybyś mi powiedział, że jesteś gejem, to bym tego nie zrobiła? – obruszyła się.

-  Nie wstydzę się swojej orientacji, ale ludzie bardzo różnie reagują. Wiele rzeczy straciłem w życiu przez to, że byłem zbyt szczery.

Usiedli na piasku. Słońce kąpało się w morzu.  Powoli zachodziło. Kolorowe łódki opierały swoje długie nosy o plażę.

-  Jeśli o mnie chodzi, to straciłeś wyłącznie dobre bzykanko. Czy ty wiesz, że ja byłam gotowa ci się oddać? Boże, co za wstyd – ukryła twarz w dłoniach.

-  Wybacz mi, Asiu. Nie chciałem cię zwieść. Jesteś cudowna i myślę, że każdy zwykły facet dałby się pokroić za jedną noc z tobą.

-  Nie mówmy już o tym, bo mi głupio – poprosiła. – Czy z Sebastianem to coś poważnego?

-  Chyba tak. Jesteśmy ze sobą już dwa lata. Przedstawił mnie nawet swoim starym – na ładnej twarzy Roberta pojawił się uśmiech.

-  A twoi rodzice... Czy oni wiedzą?

-  Powiedziałem im kilka lat temu – zamyślił się. – Jestem jedynakiem. Matka zawsze miała wobec mnie plany. Marzyła o miłej synowej i co najmniej trójce wnucząt.

-  Och, skąd ja to znam – westchnęła Joanna.

-  Ale twoja mama ma jeszcze na to szansę, a mojej trafił się syn pedał. Najpierw nie chciała w to uwierzyć. Twierdziła, że tę przypadłość da się wyleczyć. A ojciec jakby się zamknął w sobie. Jakbym przestał dla niego istnieć.

-  No ale ostatecznie zaakceptowali cię chyba , prawda? – dopytywała z przejęciem.

-  Do mamy w końcu dotarło, że to nie choroba. Jednak nadal nie może się pogodzić z tym, że nie będzie kontynuacji rodu. Stara się, żeby między nami było tak jak dawniej, ale sądzę, że ją to wszystko dużo kosztuje. No i nie wie, co mówić sąsiadkom...

-  A tata?

-  Rozmawia ze mną niby normalnie, ale Sebastiana nigdy nie chciał poznać i to się już chyba nie zmieni.

-  Życzę ci, żeby się jednak zreflektował. Przecież zamiast jednego, mógłby mieć dwóch synów.

 

 

   Pikantny rosół z krewetkami, tom yum goong, smakował znakomicie. Zajadali się tym przysmakiem w małej knajpce, na plaży o białym piasku, na jednej z rajskich wysepek zatoki Ao Nang.

-  Zauważyliście, jak piękne dłonie ma nasza kelnerka? – spytała Iza.

-  W ogóle jest śliczna. Jak filigranowa laleczka – dodała Asia.

-  Uwielbiam w Tajach przede wszystkim to, że są tacy uprzejmi i uśmiechnięci. Wyglądają na szczęśliwych, jakby każda chwila życia sprawiała im radość – włączył się w rozmowę Sebastian.

-  Wyobraźcie sobie, co by to było, gdyby nagle na ulicach Warszawy pojawiło się tylu radosnych ludzi. Miasto by chyba zwariowało. Idziesz Marszałkowską, a tu zamiast skrzywionych gąb, same uśmiechnięte – szczebiotała Joanna.

-  Żeby tak się stało, musielibyśmy chyba rozpylić w powietrzu exstasy – rzucił Robert.

-  Ta kelnerka byłaby idealna na szefową mojego tajskiego SPA pod Tatrami – zauważyła dziewczyna.

-  No to dawaj, zaraz ci to załatwię – Robert był pewny siebie.

-  Let’s go with us to Poland – uśmiechnął się od ucha do ucha. – I will buy you kozaczki and kożuszek!

Cała czwórka wybuchnęła śmiechem. Dziewczyna stała przy stoliku trochę speszona. W końcu odezwała się poważnym tonem, składając ręce na piersiach w geście podziękowania i przeprosin.

-  I have no passport,  sorry.

Joanna udała, że się bardzo zmartwiła. Czyli otwarcie SPA trzeba będzie przełożyć...

 

    Park Narodowy Thanbokharani, który odwiedzili, był znakomitym miejscem na zdobywanie skalnych ścian. Z zaciekawieniem obserwowali wspinaczy gromadnie przylepionych do pionowych skał lub wiszących na linach nad urwiskiem. Niezwykła zwinność tych ludzi robiła wrażenie. Sebastian nie mógł oderwać wzroku od niezwykłych formacji skalnych.

-  Gdyby moja noga była sprawna pokazałbym wam, jak wspinać się po skałach. Byłbym lepszy od tych pająków.

Joanna czuła nieustającą ekscytację pejzażem. Z każdą chwilą nabierała coraz większej pewności, że podróże są jej przeznaczeniem. Umysł zaczynał powoli opuszczać szklaną klatkę, w którym sama więziła go przez ostatnie lata.

-  Ja mam podróże we krwi – pochwaliła się znajomym. – Moi przodkowie przemieszczali się po całym świecie.

-  A co, pochodzisz od Czyngis-chana? – zażartował Robert.

-  Nie, ale mój prapradziadek, Francuz, przybył do Polski z wojskami Napoleona.

-  A, to ciekawostka. Opowiadaj!

-  To jest tak naprawdę miłosna historia. Mój prapradziadek poznał piękną Polkę. Jak to z facetami bywa, stracił dla niej swą francuską głowę. Pannie też do wojaka serce mocniej zabiło, no i nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyż oboje byli piękni i młodzi, gdyby nie fakt, że moja praprababka była już po ślubach zakonnych.

-  I co, i co? – zaciekawiła się Iza.

-  Krewki Francuzik, że się tak wyrażę o przodku, wykradł ją nocą z zakonu i poślubił.

-  Ależ to romantyczne! Teraz wiem, po kim w tobie tyle szaleństwa – zaśmiała się Iza.

-  Nie jestem jednak pewna, czy praprababka była w pełni szczęśliwa. Rodzinna wieść niesie, że gdy jej wybranek zmarł, rozdała wszystkie dobra, jakie posiadali, biednym ludziom. Sama zaś odziana we włosiennicę próbowała przebłagać Boga za swe grzechy.

-  To teraz ja wiem, skąd w tobie tyle skromności i pokory – dorzucił żartobliwie Robert.

 

 

***

 

 

    Była czwarta rano. Krzysztof wracał taksówką do swojego mieszkania na Żoliborzu. W radiu leciał jakiś stary kawałek. Ładny. Krzysiek próbował go rozpoznać. Ewa Bem, a może Prońko? Jak dawno nie słyszał takich piosenek...? To musiała być Trójka albo Jedynka. Dobrze, niech ta łagodna melodia przegoni z głowy mechaniczną rąbankę, która dudniła przez całą noc w zatłoczonym klubie. Niech krajobraz zaspanej Warszawy, zmieszany ze smakiem whisky, pomoże zapomnieć o kolejnym bezsensownym wieczorze. Gadki o niczym, pulsujące światła stroboskopów, drogie drinki stawiane właśnie poznanej dziewczynie, której głęboki dekolt go kusił. Skóra opalona w solarium lśniła, gdy przytulał ją w tańcu.

Wszystko było takie proste. Zero zobowiązań. On był dla niej zapowiedzią drogich perfum, przejażdżek dobrym wozem, może nawet wypadu do SPA na weekend. Jej mocno umalowane rzęsy i czerwone, pełne usta, wróżyły pocałunki pachnące bezczelną młodością. Zwykła transakcja, bez większych emocji.

Ile to już razy Krzysztof uczestniczył w takiej grze? Z ilu łóżek czmychał nad ranem? Czasem brał numer telefonu, częściej nie. Nigdy nie dzwonił.

Brzydził się skrawkami uczuć kupowanymi w taki sposób, ale innej miłości od dawna nie znał. Stałe związki nie były w jego guście. Gdy któraś dziewczyna zbyt nachalnie pchała się w jego prywatność, szybko kończył znajomość.

Kiedyś był zakochany, ale to było dawno. Gośka, inteligentna dziewczyna, robiła karierę w jednym z banków. Jego matka za nią przepadała. Postanowili razem zamieszkać, mieli wspólne plany. Życie wydawało się kolorowe. Niestety szybko okazało się, że Małgorzata nie daje mu oddychać. Oplotła go sobą i pragnęła całego na własność. Na pewien czas zapomniał o swoich pasjach, prawie zamknął się w domu, bo ona tam czuła się najlepiej. Byle spóźnienie oznaczało ciche dni trwające co najmniej tydzień. Z podróży służbowej musiał meldować się co godzinę. Piwo z kolegą – na liście rzeczy zakazanych, tak jak oglądanie filmu bez Małgosi, jedzenie bez Małgosi i oddychanie bez niej. Wytrzymał rok. Gdy odwoził Gośkę zapłakaną do jej matki, poprzysiągł bezwzględną wierność sobie.

W swoim postanowieniu utwierdził się jeszcze mocniej, sprzątając szpargały zostawione przez byłą dziewczynę. Wśród papierów natrafił na rachunek ze sklepu ze sprzętem podsłuchowym. Długo nie mógł uwierzyć, że tyle czasu spędził z kobietą opętaną bezgranicznym brakiem zaufania.

 

Taksówka stanęła pod blokiem. Krzysiek nie miał ochoty wracać do pustego mieszkania. Naciągnął czapkę, postawił kołnierz czarnej kurtki. Postanowił się przejść. Jego szczupłą twarz owionął chłód nocy. Która godzina jest teraz w Tajlandii?, zastanawiał się. Poczuł nieodparte pragnienie, by usłyszeć głos Joanny. Ona niczego od niego nie oczekuje. Przy niej może być po prostu sobą. A te dołeczki, gdy się uśmiecha... Zawsze, gdy na nie patrzy, robi mu się jakoś tak przyjemnie. Czyżby za nią tęsknił? Przywykł do tego, że Joanna jest dla niego zakazanym owocem. Ot, dziewczyna kumpla. Ale przecież skończyła z Mateuszem... Sama mówiła.

Przeszedł kolejną uliczkę. Ściskał komórkę w ręce. Pewnie dobrze się bawi ze swoim towarzystwem. Może później zadzwonię, zdecydował.

Zaczynało świtać. Warszawa budziła się do życia."

 

 

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now