"Dziewczyna z Ajutthai"

 Fragment 1 - Mateusz

 

Zaparkowała pod hotelem. Czuła się trochę jak złodziej. Przez całe życie sztywno trzymała się zasady, by nie zadawać się z żonatymi. Jeszcze miała nadzieję, że może nic się nie zdarzy, może zdoła się oprzeć emocjom. Tylko czy na pewno tego chciała?

Restauracja była przytulna. Mateusz zamówił wino. Na początku rozmowa się nie kleiła. Kiedyś z zapałem dyskutowali o pracy, projektach, nowych strategiach. Gdy teraz opowiadał jej o sprzedaży i klientach, Joanna nagle poczuła się zmęczona. Miała wrażenie, że jest z innego świata. Zapytała, jak się miewa jego synek. Odpowiedział niechętnie. Tego wieczoru nie chciał pamiętać o rodzinie.

Wino zrobiło swoje. Śmiali się co raz głośniej. On położył rękę na jej dłoni. Joanna spostrzegła, że jego palce są grube, trochę nieporadne. Jakby nie od kompletu...

Potem przesunął palcem po jej ustach.

 

W windzie zaczęli się całować, namiętnie, zachłannie. Joanna miała wrażenie, że jadą coraz szybciej. Winda mogłaby się wcale nie zatrzymywać. Niech zawiezie ich do nieba albo jeszcze dalej, gdzie już nic nie będzie ważne, gdzie ona nie będzie tą cholerną trzecią. W głowie zapaliła się czerwona lampka. Czuła, że stąpa po krawędzi i zaraz spadnie w przepaść. Mogłaby jeszcze uciec. Ale nie miała już siły. Było zbyt dobrze. Mateusz przywarł do niej całym ciałem. Za nią była tylko ściana pokoju. Jego usta kąsały jej szyję. Jedna dłoń łapczywie sięgnęła do piersi chronionej przez pancerz stanika. Druga wkradła się między jej uda. Za szybko, wszystko za szybko, wzdrygnęła się w duchu. Wiedziała, jednak, że jego ogień nie zgaśnie, póki się nie wypali, do końca, do ostatniej iskry.

- Jak lubisz? – usłyszała jego szept.

Delikatnie, opuszkami palców, chciała powiedzieć, ale on nie czekał na odpowiedź. Popchnął ją na hotelowy tapczan i wbił się w nią. Rozporządzał jej ciałem jakby od zawsze należało do niego. Było ciemno i znowu samotnie.

 

- Zrobiłem to – Mateusz wyszeptał w ucho Krzyśka w przerwie służbowego spotkania

- Co zrobiłeś?

- Wczoraj była cała moja, od koronkowych majteczek po sam czubek czarnych rzęs.

- Kto? Joanna?

- A kto by inny? Ma świetny tyłek, ale nie jest tak gorąca jak myślałem. Musiałem się ostro natrudzić by ją rozluźnić.

- Może raczej ty nie jesteś takim ogierem, jak ci się wydaje – zaśmiał się Krzysiek. – I co będzie dalej? Podwójne życie?

- Dobre pytanie. Byłem pewien, że z Aśką to coś ważnego, ale teraz sam nie wiem...

- Jasne, miałeś po prostu straszną ochotę ją przelecieć i tyle! – skwitował Krzysiek

- Chyba nie uważasz mnie za takiego dupka...? Nadal o niej myślę... Czasem.

 

 

Rozdział trzeci - Komu w drogę...

 

 

   Joanna siedziała okutana kocem w swoim warszawskim mieszkaniu i próbowała czytać książkę. Jednak co chwila zerkała na komórkę. Mateusz nie dawał znaku życia od kilku dni. Zresztą od pamiętnej nocy dzwonił rzadko i na ogół się spieszył. Z firmy, w której była na rozmowie o pracę, też się nie odzywali. Nic dziwnego, testy numeryczne poszły jej fatalnie. Szczerze ich nienawidziła i nie mogła zrozumieć, jak na ich podstawie można ocenić inteligencję człowieka. Czy naprawdę wszystko można „ubrać” w cyferki? Rozmyślała co począć z weekendem, który właśnie się zaczynał. Przeglądała w komórce nazwiska znajomych, zastanawiając się do kogo zadzwonić. Z rozczarowaniem stwierdziła, że większość numerów należy do ludzi z jej byłej firmy. Dziś już nie miała ochoty rozmawiać o nowych cudownych lekach wprowadzanych na rynek, które pomogą rozłożyć konkurencję na łopatki, ani o wspaniałych strategiach, które jak te leki, uzdrowią podupadający organizm firmy.  Tym bardziej o sukcesach cudownej Moniki. Nie chciała też słuchać o wyższości jednych elektronicznych gadżetów nad innymi, ani rozprawiać o klubach fitness, dietach i markowych ciuchach, a były to ulubione tematy ludzi z pracy. Może zadzwonić do Izy?, zastanawiała się. Nie, ona przeżywa renesans swojego związku. Nie wiem, na co liczy z tym Tomaszem...?

Joasia ostatecznie zdecydowała się na samotny wypad do kina. Sala świeciła pustkami. Pięknie reklamowana komedia romantyczna nie była jednak ani trochę śmieszna, ani wzruszająca.

 

(...)

    - Padnij! Powstań! Padnij! Powstań!

Joanna czuła, jak po plecach spływa jej pot. Ćwiczyła w szeregu tak samo ubranych osób. Wszystkie miały na sobie błękitne, doskonale wyprasowane koszule ze sztywnym kołnierzykiem i spodnie w idealny kant. Blade, prawie porcelanowe twarze wyglądały nienaturalnie. Pozbawione wyrazistej mimiki, ostrzyknięte botoksem, uśmiechały się w identyczny, wymuszony sposób. Wszyscy w szeregu wykonywali takie same ruchy, w tym samym momencie. Ćwiczyli, a potem coś wspólnie wznosili, tworzyli przyszłość. Z wielkich głośników rozbrzmiewały hasła: Pragniemy większych zysków! Zysków, zysków – powtarzało echo. Nie możesz zawieść!

Joanna starała się bardzo. Przepełniała ją duma, że ma swój wkład w sukces wspaniałej korporacji, matki wszelkiego dobra. Czuła, że musi wykonywać ruchy jeszcze lepiej i jeszcze dokładniej. Była cząstką, ale i jednością. Z innymi w szeregu łączyła ją wielka tętnica. Zasysała krew z każdego z organizmów. Gdy ludzie pracowali sprawnie, tętnica błyszczała karminowym kolorem, gdy zwalniali tempo, wyraźnie siniała. Wtedy niektórzy osuwali się na ziemię i nagle z ich głów jak z baloników uchodziło powietrze. W puste miejsca natychmiast pompowani byli nowi, ci starali się bardziej, byli po prostu lepsi. Sssss..., Joanna czuła, że jej twarz się raptownie kurczy. Zakryła usta jakby zatykała dziurę w dmuchanej piłce. Ssssss – ostry dźwięk rozdzierał ciszę. Nieee! – usłyszała swój krzyk. W ostatniej chwili zobaczyła szeroki uśmiech Moniki.

Przerażonym wzrokiem omiotła ściany sypialni. Wszystko było na swoim miejscu. Jej pokój nie zmienił się odkąd poprzedniego wieczoru położyła się spać. W oknie delikatnie falowała firanka.

 

 

- Damy pani odpowiedź w ciągu trzech dni. Zdradzę jednak, że wypadła pani bardzo dobrze. Ewidentnie spodobała się pani prezesowi – miła szefowa działu personalnego żegnała Joannę.

Dziewczynę rozpierała radość. Była z siebie naprawdę dumna. Idąc marmurowym korytarzem znanej korporacji rozglądała się, gdzie może być jej przyszły gabinet. Przez szklane ściany pokoi spoglądała na ludzi wpatrzonych w monitory komputerów i zastanawiała się, którzy z nich będą dla niej pracować.

Sprężystym krokiem wyszła na zalaną słońcem ulicę. Warszawa pachniała piękną złotą jesienią i Joannie znów chciało się żyć.

- Tato, chyba mam pracę – szczebiotała do słuchawki – To super firma!

- Córcia, ty jesteś pewna, że znów chcesz wypruwać żyły dla obcych ? Nie możesz trochę zwolnić, zająć się ważnymi rzeczami?

- Nic nie rozumiesz, to jest moje życie – zdenerwowała się. – Nie jestem jeszcze na emeryturze. Chcę działać, odnosić sukcesy, zarabiać!

- Wiem, wiem, ale w tym czasie inne sprawy ci umykają – próbował oponować starszy pan.

Boże, co innego mogłabym robić niż pracować w dużej firmie? – pomyślała, ale nie powiedziała tego głośno. Nie chciała kłócić się z ojcem.

 

 

    Myła włosy, gdy zadźwięczał dzwonek u drzwi. Mateusz powitał ją ognistym pocałunkiem, obłapiając jednocześnie dłońmi jej kształtne pośladki. Z kosmykami ociekającymi wodą, w niedopiętym szlafroku w różyczki wyglądała powabnie. Jak zwykle przyniósł dobre wino, ich ulubiony szwajcarski ser i krakersy. Obejrzeli film sensacyjny na DVD i opróżnili butelkę. Mateusz zrobił się trochę senny. To w dziwny sposób skłoniło Joannę do działania. Najpierw zaczęła delikatnie głaskać go po twarzy. Miał niewielki, łaskoczący zarost. Przybliżyła policzek do jego policzka i muskała go gorącymi wargami. Zaczął szybciej oddychać. Joanna położyła ręce mężczyzny na swoich piersiach. Z czego jak z czego, ale z piersi była dumna. Gdy opuszkami palców dotykał jej sutków, poczuła, że robi się wilgotna. Gwałtownym ruchem podciągnęła jego T-shirt i zaczęła ocierać się niczym kotka o jego nagie ciało. Wtedy dopiero poczuła, jak i on bardzo jej pragnie. Wpuściła go do swej jaskini. Nie wstydziła się okrzyków rozkoszy, jakie po chwili wydobyły się z jej gardła. Spod półprzymkniętych powiek widziała zachwyt w oczach Mateusza.

Leżeli potem nic nie mówiąc. W ogóle rozmawiali niewiele. Do Joanny coraz bardziej docierało, że jest to układ czysto erotyczny. A przecież nie tego chciała. Marzyła o miłości, zatraceniu w uczuciach, chciała być tą najważniejszą, jedyną. Jednak gdy zamykała drzwi za Mateuszem, czuła się jeszcze bardziej samotna, niż przed jego wizytą. Ale nie potrafiła zakończyć znajomości. Namiętność trzymała ją mocno w swoich szponach, a nadzieja mydliła oczy, że chłopak coś do niej czuje.

 

 

    Minął tydzień od udanego spotkania w znanej korporacji, a telefon milczał. Joasia co godzinę sprawdzała, czy jej komórka na pewno jest włączona. Przeglądała maile, a nuż tą drogą prześlą dobrą wiadomość...

Po kolejnych siedmiu dniach zadzwoniła sama.

- Och, pani Joanno, przepraszam, że się nie odzywałam – szczebiotała miłym głosem dziewczyna z personalnego. – Byłam taka zalatana, pani przecież wie, jak to jest...

Nie, od kilku miesięcy już nie wiem, ale mam nadzieję, że to się teraz zmieni, przemknęło Joannie przez głowę.

- No więc, ostatecznie zdecydowaliśmy się awansować na to stanowisko kogoś z firmy. Jest to osoba ambitna i myślimy, że się świetnie sprawdzi.

- A co ze mną? Przecież mówiła pani, że podobałam się prezesowi, że był zachwycony...

- No tak, ale trzeba przecież promować swoich pracowników – ćwierkała dziewczyna. Joanna niemal słyszała jak trzepocze długimi rzęsami. – Zwłaszcza, jak ci pracownicy są tańsi i młodsi – zakończyła prosto z mostu.

Za oknem rozszalała się burza. Joanna nie wiedziała, czy świat rozmywa jej się ze względu na zalane deszczem szyby, czy przez nagłą wilgoć, którą poczuła w oczach. Zagryzła wargi. Jeszcze będzie dobrze, obiecała sobie.

 

    By poprawić jej humor Mateusz wyciągnął Joannę do kina. Usiedli w ostatnim rzędzie. Francuski film wlukł się niemiłosiernie, ale jemu to nie przeszkadzało. Wsunął rękę pod spódniczkę Joanny i odnalazł jej wilgotne płatki. Delikatnie masował cympeuszek. Ona starała się nie być dłużna. Przesuwała ręką po wypukłości na jego spodniach. Ich oddechy splotły się w jeden. Ekran robił się coraz większy i większy, aż w końcu ich pochłonął.

 

 

***

 

    Mateusz dociskał gaz do dechy. Było już całkiem ciemno, dni robiły się krótsze. Miał nadzieję, że zdąży do domu, zanim żona położy małego spać. Nie widział go prawie od tygodnia. Ostatni okres w firmie znów był szalony. Dyrektor co chwila zwoływał telekonferencje, spotkania, żądał tysiąca analiz i raportów oraz wciąż wyższej sprzedaży. Mateusz stracił rachubę, ile kilometrów przejechał w ostatnich dniach, odwiedzając swoich pracowników w różnych miastach. Twarze ludzi zlewały mu się w jedną. Ciekawe, czy umiem jeszcze odpoczywać, zastanawiał się. Całe moje życie to jakiś pieprzony maraton. Ciągle się ścigam, kto będzie lepszy, czy ja, czy zegar? Sprawdzam, ile zadań uda mi się wpakować w jedną godzinę. I po co mi to wszystko? Dla forsy? Dla głupiej ambicji? Nie, zapierdzielam przecież dla rodziny! To najlepsza wymówka. Biegnij, Forest, biegnij, Mateusz szydził sam z siebie. Tylko się na pysk nie wypieprz. Bo nikt się nie schyli, żeby cię pozbierać.

Jeszcze pięć kilometrów i będzie w domu.

Pisk opon, samochodu jadącego przed nim wyrwał go z zadumy. O ułamek sekundy za późno. Światła stop rozlały się przed jego oczami w wielką czerwoną plamę.

 

 

     - Joasiu, wiem, że Mateusz miał się z tobą jutro spotkać, ale nie przyjedzie – głos Krzyśka w słuchawce dochodził jakby z bardzo daleka.

- Tak? A sam nie mógł do mnie zadzwonić, by mi to powiedzieć? – zdziwiła się Joanna.

- No, właśnie nie. Jest w szpitalu i siedzi przy nim cały czas żona. Miał wypadek.

- Boże, co się stało?

- Miał, skurczybyk, cholernie dużo szczęścia. Samochód nadaje się do kasacji, a on ma parę zadrapań i pęknięte dwa żebra. Chyba musi mieć jakieś chody w niebie – zażartował Krzysztof.

- Och, czy mogłabym go odwiedzić? Muszę go zobaczyć.

- Przecież mówię, że jest u niego cały czas Anka. Jak coś się zmieni, to dam ci znać.

Joanna cisnęła w kąt książkę, którą czytała. Wezbrały w niej niepokój i złość. Chciała zobaczyć Mateusza, już, natychmiast i nic nie mogło jej w tym przeszkodzić. Zbiegła do samochodu i z piskiem opon ruszyła w stronę Lublina.

Przydrożne drzewa prześcigały się z jej beemką, jakby bawiły się w berka. Szybciej, szybciej, naciskała na gaz. Czy na pewno Mateuszowi nic nie jest? Czy Krzysiek powiedział całą prawdę?

W końcu dotarła na miejsce.

- Pan Kawęcki został wypisany już ze szpitala – oznajmiła jej niska pielęgniarka. – Dosłownie przed chwilą żona zabrała go do domu. A pani z rodziny?

Joanna nie słyszała już tego pytania. Wybiegła na parking, miała nadzieję, że może go jeszcze złapie. Wydawało jej się, że widzi Mateusza w skodzie, która właśnie wyjeżdża na ulicę. Za kierownicą siedziała ładna, nieco pulchna blondynka. Joannę zakłuło w piersiach. To ona, to musi być ona, myślała gorączkowo. Zaskoczyła ją uroda dziewczyny. Dlaczego on jej to robi? W czym jestem od niej lepsza?...

Poczuła się strasznie zmęczona. Musiała usiąść na krawężniku.

 

 

- Mateusz, jak się czujesz? – dopytywała gdy w końcu odebrał telefon.

- A jak mam się czuć? Krzysiek mówił, że byłaś w szpitalu. Dziewczyno, czy ty całkiem zdurniałaś? A co jakby cię zobaczyła Anka? Co bym jej powiedział? Kochanie, to jest moja koleżanka z pracy, wpadła tu przez przypadek, właśnie przechodziła? – Mateusz był wściekły. Joanna nie słyszała nigdy takiego tonu w jego głosie.

- Przecież chciałam się tylko upewnić, że nic ci nie jest. To chyba dobrze, że się o ciebie martwię, prawda? – starała się go udobruchać

- Mam w dupie twojej zmartwienia. Mogłaś załatwić mnie na cacy.

- Nie mów tak do mnie. Nie masz prawa – teraz i Joanna podniosła głos.

- Ja nie mam prawa? To ty nie masz prawa nachodzić mnie na moim prywatnym terenie. Zrozumiałaś?

- Naprawdę przeginasz. Jak się uspokoisz to do mnie zadzwoń, nie wcześniej – energicznie przycisnęła guzik „Zakończ”. Nie mogła uwierzyć, że tak z nią rozmawiał.

Zadzwonił na drugi dzień.

- Księżniczko, wybaczysz mi? – jego głos brzmiał ciepło, to znowu był jej dawny Mateusz. – Mogę jutro do ciebie wpaść? Będę w Warszawie w biurze. Przyjechałbym po pracy...

- To ty już możesz podróżować?

- Nie powinienem, ale wiesz, że robota nie będzie czekać. Gruby zwołał spotkanie. Obecność obowiązkowa.

- On was wszystkich kiedyś wykończy – westchnęła.

- Joasiu, musimy pogadać... To ważne.

- Jeśli będziesz dla mnie miły, to przyjedź – zgodziła się. Pragnęła przytulić się do jego obolałych żeber.

 

 

     Mateusz przyniósł jej róże, długie, żółte. Nigdy wcześniej nie dawał jej kwiatów. Był blady i wyraźnie nieswój. Usiadł na skórzanym fotelu i poprosił o szklankę wody.

- Trochę się ostatnio wkurzyłem – zaczął.

- Nie da się ukryć – przyznała Joanna. Cieszyła się, że go widzi.

- Ale miałem powód – utkwił wzrok w kolorowym kwadracie na środku dywanu. Przełknął ślinę. – Anka nie może się teraz o nas dowiedzieć.

- Tak...? – poczuła, że chce jej powiedzieć coś ważnego.

Podszedł do okna. Stał odwrócony do niej plecami, jakby nie chciał patrzeć jej w oczy. Na chwilę zapadła cisza.

- Moja żona jest w ciąży. Będziemy mieli drugie dziecko – wydusił z siebie i odwrócił się w stronę Joanny. – To oczywiście nic między nami nie zmienia, ale wiesz, będziemy musieli być bardziej ostrożni. Nie chcę jej teraz denerwować – uśmiechnął się.

Joanna siedziała nieruchomo. Przypomniała jej się ładna twarz blondynki w samochodzie. Odkąd ją zobaczyła, stała się dla niej realna, aż do bólu. Nie mogła brać dłużej udziału w tym trójkątnym spektaklu.

- Idź już. Nie będziemy się więcej spotykać – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

- No, co ty, Joasia...

Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale czuł, że Joanna nie żartuje. Próbował ją objąć, lecz ze zniecierpliwieniem odtrąciła jego rękę.

- I nigdy już do mnie nie dzwoń – powiedziała, gdy był w progu.

Zatrzasnęła za nim drzwi i przekręciła w zamku klucz. Wiedziała, że ten rozdział życia zamyka na zawsze.

 

 

***

 

 

    Firmowa impreza trwała na całego. Przy jednym ze stolików kilku kumpli dyskutowało o życiu. Mateusz co chwila polewał nową porcję czystej. Każdy z obecnych miał dobry powód, by się upić. Najłatwiej szło to dziś Krzyśkowi. Osiągał coraz gorsze wyniki sprzedaży i czuł, że jego dni w firmie są policzone.

- Jesteśmy pokoleniem przeżutym przez korporacje. – wykrzykiwał do ucha towarzysza siedzącego obok. – Niewidzialni właściciele, którzy spędzają życie na swoich jachtach, wykończonych tekowym drewnem i grzeją dupy w portowych kasynach, wysysają z nas soki jak z krabów podawanych na ich stoły! A nam się zdaje, że jesteśmy na fali, że wzbijamy się na niej do góry, że jesteśmy niezwyciężeni, lepsi od innych – zacietrzewiał się. – Ale prędzej czy później, ta fala z hukiem wyrzuci nas na brzeg. A my zadziwieni obrotem sytuacji nie będziemy potrafili wrócić do morza. Zdechniemy na piachu, bezgłośnie wołając o ratunek.

- Krzychu, ty to jesteś prawdziwy poeta! Chodź, stary, lepiej się napijmy, póki jeszcze firma stawia nam wódę – Mateusz wzywał do następnej kolejki.

- Nie chcę już pić tego gówna. Nie chcę, żeby Gruby najpierw mnie opierdalał jak burą sukę, a potem dawał kasę, żebym mógł się dobrze narąbać. Myśli, że nie wiem, że to pieprzone korporacyjne sztuczki?!

- Krzychu, bądź ciszej, jeśli nie chcesz mieć przerąbane.

- Stary, ja mam już i tak przerąbane na maksa, po prostu przesrane. Myślisz, że może być jeszcze gorzej?

- To co ja mam powiedzieć? Stara w niespodziewanej drugiej ciąży, dotknąć się nawet nie da, a Aśka się na mnie wypięła i nie chce mnie znać – Mateusz nalał sobie kolejną lufkę.

- A ciebie to tylko dupy interesują. Aśka dobrze zrobiła, nie jesteś jej wart.

- Może i masz rację – westchnął ciężko Mateusz. – A tam, znajdę sobie inną. Dużo jest cipek na świecie.

- Święta racja, kolego – wtrącił się jeden z kumpli. – Wypijmy za cycki i cipki!

Za pizdeczki całego świata! Niech nam żyją! – przyłączyli się pozostali."

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now